PO OBCHODACH 100-LECIA VDB...

 

OTRZYMALIŚMY ENTUZJASTYCZNY LIST OD JEDNEJ Z NASZYCH ASPIRANTEK:

 

Kochana Rodzino Salezjańska! Siostry i Bracia!

Nie mam możliwości, aby każdemu z osobna o tym powiedzieć, wróciłam do domu, emocje opadły, czas na bilans ostatnich miesięcy.
Dziś drugi dzień kolejnego stulecia. Nowa epoka, nowe życie. I tak właśnie dziś się czułam: słońce świeciło jaśniej, niebo było bardziej błękitne, a dzieci w przedszkolu niecodziennie grzeczne ;-) Jedno, co się nie zmieniło, to poranny budzik, który jak zawsze zadzwonił nie w porę!

Ale do sedna! Chciałam każdej i każdemu z osobna podziękować za czas wspólnego świętowania. Nie wyobrażałam sobie być tego dnia – mimo że spóźniona – w innym miejscu. I miałam rację. Weszłam w czasie śpiewów, śmiechów i salezjańskiej radości. Dopiero dziś, idąc do pracy, uśmiechając się na wszystkie strony świata i okazując nie wiadomo skąd przychodzące pokłady cierpliwości w pracy, zorientowałam się, co to jest. To „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”, czyli wszystko, o czym możemy przeczytać w Liście do Galatów.

Pierwsze „dziękuję” jest dla naszego Pana, że wszystko, co się dzieje, jest Jego wolą. A ona jest najlepsza!

Drugie „dziękuję” dla każdej i każdego z Was! Dziękuję, że z Wami mogę poczuć się jak w domu. Dziękuję, że mogę być nogami na ziemi, a sercem w  Niebie. Dziękuję, że mogę liczyć na uśmiech i dobre słowo. Dziękuję, że mogę być sobą. Dziękuję, że mogę być szczęśliwa – jeszcze nigdy nie byłam aż tak szczęśliwa! Dziękuję, że mogłam spotkać, i wymienić choć kilka słów z tymi, którzy walczyli o Instytut w Polsce.

Jeszcze wiele „dziękuję” mogłabym wymieniać, a na pewno każdego z osobna poprzez modlitwę wkładam w serce naszej Matki, Wspomożycielki Wiernych. Niech ona uczy nas, abyśmy na codzienne wyzwania życia odpowiadali ufne „FIAT”!


Kasia


----------------------------------------------------------


 

 

 

DAJ MI DUSZE, RESZTĘ ZABIERZ

 

“Gdy byłam młodą aspirantką i po raz pierwszy usłyszałam motto ks. Bosko  ”Da mihi animas, caetera tolle”, wydawało mi się, że jest to program życia dla osoby, która zdecydowała się żyć na pustyni, pozbawiona wszystkiego, nawet rzeczy niezbędnych. W pewnym sensie mnie przerażał i mówiłam sobie: „Nigdy nie będę jak ks. Bosko. To dla mnie zbyt wielkie. On mógł tak powiedzieć, ponieważ był księdzem i już pozostawił sprawy materialne, ale dla nas które żyjemy w świecie, musi być inaczej. Wydawało mi się to nieosiągalne, program po ludzku niemożliwy do realizacji: chcieć zrezygnować z wszystkiego?... Przynajmniej cokolwiek chciałabym mieć!... W każdym wypadku byłam daleka od tego, by móc powiedzieć „resztę zabierz”! W tamtym czasie moje serce było jeszcze przyklejone do rzeczy materialnych: chciałam budować swoją przyszłość w sposób stabilny i pewny. Mój sposób kochania był jeszcze niedojrzały, byłam pełna siebie, czasem egoistyczna: chciałam kochać, ale nie ryzykując zbyt wiele!

Często słyszałam ludzi, którzy mi mówili: „Myśl trochę także o sobie”. Kiedy powiedziałam Bogu „Ofiaruję się całkowicie Tobie… (chcę) żyć w pełni Ewangelią pośród świata”, On we mnie uwierzył. On zaakceptował tę ofiarę i ruszył w drogę razem ze mną. I tak, podczas drogi, doświadczając cierpienia jakie niesie ze sobą miłość, akceptując wyrzeczenie się rzeczy, które uważałam za ważne – pieniądze, czas, odpoczynek, urlop, zakupy,…- gdy spotykałam osoby wątłe i wycofane, które nie miały nikogo, kto by się za nimi ujął, nikogo, kto by wyszedł naprzeciw ich potrzebom, zaczęłam rozumieć głębię tego, co przyrzekłam Panu.

Wiele razy chciałam się wycofać, wiele razy się zniechęcałam, ale powoli gdy jednak szłam do przodu „moje sprawy wydawały mi się bardzo małe”, a jednocześnie rosła moja radość, gdy zamiast łez widziałam uśmiech na twarzach dzieci, w matkach pogodę ducha zamiast desperacji. To rozweselało moje serce.

Minęły lata i powoli słowa naszych Konstytucji nabrały życia: On, Jedyny Konieczny, Jedyny Pan, Jedyna Miłość!

Zrozumiałam, że to było to, czego doznawał ks. Bosko i dlatego mógł mówić “Da mihi animas, caetera tolle”. W szkole Boga nauczyłam się, że na świecie jedyną rzeczą, którą warto posiadać jest MIŁOŚĆ.

Bóg ukształtował moje kobiece serce na matkę, ciocię, babcię, przyjaciółkę. To jest bardzo ważne, gdyż stając się Ochotniczką, nie zrezygnowałam z tych ról. Dojrzałam do tego i zrozumiałam, że moje serce znajduje pokój tylko wtedy, gdy daję odczuć dzieciom, że są kochane, albo gdy towarzyszę na drodze wewnętrznego i duchowego wzrostu cierpiącym kobietom; kiedy napotykając na spojrzenie przestraszonego dziecka emigranta, które prosi o pomoc, ponieważ nie zna języka, ofiaruję moją dyspozycyjność; kiedy pomagam dzieciom odsuniętym na bok, ponieważ są biedne albo traktowane jako ciężar z powodu kalectwa, dzieciom, które w domu nie mają rodziców, lecz złodziei ich niewinności; kiedy wysłuchuję kobiety, ofiary przemocy swoich mężów, kobiety używane jako przedmioty, bo „to wygoda mieć je w domu”, albo kobiety które same dźwigają ciężar odpowiedzialności za rodzinę. W tych chwilach, gdy ich niemy krzyk chwyta mnie za serce, z całą wolnością, świadoma, że mam możliwość odpowiedzieć na te cierpienia, mówię: „Panie, daj mi ich… a weź wszystko inne, …ponieważ w moim życiu już nie ma sensu posiadanie „rzeczy”, lecz tylko szczęśliwych ludzi!”.

Czasem pytam siebie: czym różni się sposób kochania nas, Ochotniczek, od tylu innych? Dlaczego koniecznie musimy otwierać drzwi naszych domów i naszych serc? To proste: na pytanie o sens życia, my dajemy Jezusa, bo tego potrzebuje współczesny człowiek. My, Ochotniczki, zwłaszcza gdy już postępujemy w latach i zdobyłyśmy pewną życiową mądrość, wiemy że możemy i powinnyśmy stać się wodą dla zaspokojenia pragnienia tylu spragnionych sprawiedliwości i nadziei, oazami na pustyni tego świata, „Betanią” w życiu kogoś, kto cierpi lub jest samotny, „Emmaus” na drodze kogoś, kto przebiega drogi historii.

 

Uti

(Ochotniczka z Włoch, która pracowała na misjach, na Madagaskarze)


 


--------------------------------------

 

 

 

Ksiądz Bosko ujął mnie za serce


Miałam piętnaście lat, gdy ks. Bosko wszedł w moje życie. Poznałam go poprzez jednego salezjanina zakochanego w swoim powołaniu i w swoim założycielu, a także przez wspólnotę Córek Maryi Wspomożycielki, które z wielkim entuzjazmem animowały centrum młodzieżowe. Szybko dałam się porwać i zafascynować przez tego świętego człowieka, który pochodząc z małego Becchi potrafił zdobyć cały świat i zgromadzić wokół siebie tysiące młodych. Zaczęłam swoją drogę między współpracownikami, zanurzając się w tysiące aktywności: konwenia, spotkania, oratorium, obozy pracy, … Powoli odkryłam, że weszłam do wielkiej Rodziny: poza SDB, FMA i Współpracowników, było wiele innych grup osób konsekrowanych i świeckich, które dzieliły tego samego ducha. Było miejsce dla wszystkich! Ks. Bosko ujął moje serce, ale jak ja mam naśladować Pana? Odkryłam Instytut VDB i weszłam na tę drogę. Byłam szczęśliwa, że znalazłam swoją drogę, a potem pragnęłam, by inni młodzi ludzie mogli odkryć swoje powołanie w Kościele i w Rodzinie Salezjańskiej.

Od tamtej pory minęło wiele lat i było wiele inicjatyw powołaniowych i misyjnych, jakie wspólnie z Salezjanami, Salezjankami i innymi świeckimi ofiarowaliśmy młodym, by mogli odkryć swój projekt życia. To było bardzo piękna i ubogacająca braterska współpraca dla towarzyszenia tylu młodym w rozeznawaniu powołania i zaangażowania apostolskiego. To jest to „kroczenie razem”, które mnie zafascynowało i dalej mnie fascynuje: wszyscy mamy coś wspólnego, a każdy ma coś specyficznego co go charakteryzuje i czym uzupełnia innych! To sprawia, że czujemy się Rodziną, nawet jeśli żyje się w odległości tysięcy kilometrów, i to pozwala nam razem świętować, nawet jeśli spotykamy się pierwszy raz, i to sprawia, że „potrafimy razem projektować” w odpowiedzi na potrzeby tylu młodych, i co powoduje,  że jestem dumna z przynależności do tej Rodziny.


Pina z Włoch


 


 


 


 

Świadectwo naszej delegatki

na VII Zgromadzenie Generalne

 

Udział w AG 7 był dla mnie z pewnością czasem nowego odkrywania wartości powołania, radości z Bożego wybrania, ale również odpowiedzialności za jego wypełnienie. Był to także czas intensywnej pracy, nawiązywania relacji, poznawania różnorodności i bogactwa Instytutu i Rodziny Salezjańskiej.

W swoim sprawozdaniu  Odpowiedzialna Generalna Olga powiedziała m.in., że „Instytut jest młody, święty, czysty, otwarty na młodzież  na tyle, na ile ja taka jestem”.

 

Zadaniem tego Zgromadzenia było dokonanie refleksji nad formacją, by być bardziej twórczymi w naszych środowiskach, by pogłębiać stale nasze życie duchowe.

Zgromadzenie rozpoczęło się od uroczystej Mszy świętej, której przewodniczył Ksiądz Generał Pascual Chavez.  Ksiądz Generał oraz inni przedstawiciele Rodziny Salezjańskiej  uczestniczyli także w Uroczystym Otwarciu Zgromadzenia.

Ksiądz Generał kreśląc obraz współczesnego świata, który nie potrzebuje życia konsekrowanego, w którym  liczy się tylko to, co przynosi zysk, który nie ma nadziei,  podkreślał wielokrotnie, że „ŻYCIE KONSEKROWANE JEST OBECNOŚCIĄ BOGA W ŚWIECIE, JEST PO TO, BY POWIEDZIEĆ ŚWIATU , ŻE BÓG JEST I NAS KOCHA”.

Kiedy zostaną wydane materiały ze Zgromadzenia, warto przeczytać wszystko o czym on  mówił, bo to wielkie bogactwo  i wielka zachęta do wzrastania dla każdej z nas.

Podczas rozpoczęcia obejrzałyśmy też krótką prezentację ukazującą historię Instytutu i życie    pierwszych Ochotniczek, ale także „obrazki” współczesności. Krótka prezentacja robiąca duże wrażenie..., pokazała, że mamy swoją historię, swoje miejsce w Kościele i w Rodzinie Salezjańskiej.

Praca na Zgromadzeniu związana była z tworzeniem dokumentu  na temat formacji, który zostanie  wkrótce opublikowany.  Głownie chodziło o znalezienie takich metod, które pozwolą nam  polepszyć naszą formację, nasze życie wiernością ślubom, naszą jedność.

Czy to się udało, same zobaczymy, ja natomiast  mam  taką refleksję, że najlepszą metodą formacji jest przylgniecie do Jezusa i pozwalanie Jemu na przemianę myślenia  i serca.

 

Pracowałyśmy w grupach roboczych. W naszej grupie oprócz  nas trzech były jeszcze trzy  Słowaczki, cztery Włoszki, dwie  Koreanki i jedna siostra z Peru. Potem ustalenia z grup były głosowane  na ogólnych obradach, które trwały czasem do późnej nocy.

Czasem  pracowałyśmy też w grupach językowych, wówczas byłyśmy w grupie z Czeszkami i Słowaczkami.

Pomocą służyli nam  tłumacze – ks. Janusz Zapała, ks. Franciszek Krasoń oraz Maria ze Słowacji.  Szczególnie  ona pomagała nam  podczas pracy w grupie oraz na mszy świętej, tłumacząc kazania.

Dużym przeżyciem dla mnie były też wybory Odpowiedzialnej Generalnej i Rady Centralnej.

Każda z nas, która oddawała głos, była wywoływana po nazwisku  i podchodziła do urny wrzucając swój głos.

Głosowałyśmy także nad  zmianami artykułów Konstytucji i Regulaminów.

Przyjęto następujące zmiany: górna granica wieku przy podejmowaniu  posługi władzy w Instytucie przedłużona została do 70 lat, natomiast górną granicę wieku przy wstępowaniu do Instytutu  przesunięto do 40  roku życia.

W radosnej atmosferze przebiegały spotkania wspólnotowe, braterskie, podczas których prezentowały się poszczególne  Regiony. Było dużo wspaniałych chwil, radości, zabawy, wzajemnego poznawania i wymiany doświadczeń.

Wspólnie wyjechaliśmy  też na Watykan, gdzie modliliśmy się  przy grobie św. Piotra.

Dla mnie osobiście był to  ważny czas i dziękuję Bogu i tym którzy mnie „tam wysłali”  za to doświadczenie.

Najważniejsza moja refleksja dotyczy powołania i mojej odpowiedzialności za jego wypełnienie. „Słyszę” cały czas Olgę, która mówi, „że Bóg dał nam powołanie, ale my musimy je wypełnić”. Dla mnie to oznacza życie większą świadomością „skarbu” który otrzymałam  i z którego trzeba będzie „zdać sprawę”.

 Druga rzecz, to rozmowa miesięczna z odpowiedzialną lokalną i moje do niej podejście. Często nie starcza na nią czasu, często wydaje się, że jak porozmawiam  za miesiąc to też  nic się nie stanie. Świadectwo Olgi jest dla mnie impulsem, żeby każdego miesiąca  rozmowa się odbyła i żeby nie była  „o pietruszce”.

I ostatnia refleksja. Super jest znać swoje korzenie i swoje miejsce w Kościele. Doświadczenie wspólnoty Instytutu, życzliwość księży, szczególnie Ks. Franciszka Krasonia, kontakty ze Wspólnotą Salezjańską w Rzymie na Gerini, modlitwa  w miejscach  początków chrześcijaństwa (katakumby, Bazylika św. Piotra) i dzieła salezjańskiego ( Bazylika Sacro Cuore) dała mi wspaniałe poczucie, że nie jestem „samotną wyspą”, że zarówno ja,  jak  i każda z nas ma swoje miejsce w „Bożej Historii”. Aktualnie MY  ją tworzymy. Módlmy się i prośmy aby za nami poszły następne pokolenia, by dawać światu nadzieję i być Jego obecnością w świecie.

 

Maria

 

 

 

 

Wspomnienie o śp. ks. kard. Józefie Glempie

Prymas Polski blisko  Świętego Jana  Bosko 

 
        Wiele lat temu  zostałam zaproszona na spotkanie z Prymasem Polski  Józefem Glempem do Pałacu Prymasowskiego w Warszawie. Okazją do spotkania był  dzień życia konsekrowanego.
        Było to spotkanie członkiń Instytutów Świeckich  tworzących Krajową Konferencję Instytutów Świeckich w Polsce zwanych KKIŚ. Ja i Gosia D.  reprezentowałyśmy  nasz  Instytut  czyli Ochotniczki Księdza Bosko.

W spotkaniu  wzięło udział kilkadziesiąt  kobiet z rożnych Instytutów w Polsce -  było nas ok. 100 osób.  Sala była wypełniona po brzegi. Poproszono nas, abyśmy zajęli miejsca siedzące przygotowane po obu stronach sali, a ustawione prostopadle do  tronu ks. Prymasa, tak abyśmy się wzajemnie mogli widzieć.
       Ks. Prymas Józef Glemp powitał nas serdecznie i złożył życzenia z okazji "święta życia osób konsekrowanych". Mówił o powołaniu i naszej specyficznej służbie w świecie, która  w tych czasach jest tak bardzo potrzebna.
       Następnie  poprosił, abyśmy zechciały przedstawić nasze wspólnoty i powiedzieć w kilku zdaniach o sobie.

Tak więc jak siedziałyśmy, po kolei  przedstawiałyśmy nasze instytuty i krótko  opowiadałyśmy o sobie. 

Tak się złożyło, że zajęłyśmy miejsca prawie na końcu sali, więc nasz Instytut przedstawiałyśmy jako ostatnie. Byłyśmy mile zaskoczone, gdy  Ks. Prymas okazał żywe zainteresowanie naszą prezentacją. Kiedy usłyszał naszą nazwę czyli "Instytut Ochotniczek Księdza Bosko", ożywił się i  postanowił zadać nam kilka pytań (nie robił tego w stosunku do innych Instytutów).

Zapytał  skąd przyjechałyśmy,  ile mamy członkiń,  w jakich zawodach pracujemy? Po otrzymaniu naszej odpowiedzi - Ks. Prymas wstał  i zabrał głos mówiąc: Święty Jan Bosko jest ze mną codziennie, towarzyszy mi,  bowiem widzicie "jego popiersie"  stojące w tej sali wykonane z pięknego białego alabastru. Ks. Bosko przybył tu za sprawą ks. Prymasa Hlonda, który był moim poprzednikiem i jednocześnie synem duchowym ks. Bosko.  
    Sprawy Kościoła były  bliskie duchowości ks. Bosko, widać więc, że i Prymasi polscy mogli zawsze liczyć na Jego wsparcie.

 

Róża

luty, 2013 r.

 

 

 

 

Kontemplacja i działanie w moim życiu

 

„Przy każdej sposobności módlcie się w duchu” (Ef 6,18) 

 

Mówiąc o kontemplacji i działaniu w życiu, od razu przychodzą mi na myśl dwie kobiety z Ewangelii – Maria i Marta. Symbolizują one niejako dwie sfery w nas samych – Marta jest symbolem tej sfery, która pozostaje w kontakcie ze światem, praktyczna, zapobiegliwa, aktywna na zewnątrz, Maria natomiast to osoba uduchowiona, głęboko skupiona wewnętrznie, ukierunkowana na Boga, zachowująca Boże sprawy w swoim sercu. Można powiedzieć, że są to reprezentantki dwóch przeciwstawnych postaw życiowych. W scenie spotkania z Jezusem w domu Marty i Marii w Betanii ( Łk 10, 38) Ewangelista pisze, że to Maria „obrała najlepszą cząstkę”, zostawiając posługi domowe i siadając u stóp Jezusa, słuchała tego, co nauczał. Marta zaś wśród licznych zajęć, w ogóle nie zwracała uwagi na Mistrza, wręcz oburzona, miała pretensje, że tylko ona musi posługiwać i nikt nie myśli jej w tym pomóc.
Obydwie siostry widzimy jeszcze w Ewangelii w scenie wskrzeszenia Łazarza
(J 11,20) – „Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu”. Marta jako pierwsza – kierowana miłością do zmarłego brata – Łazarza i wiarą w Bożą moc Jezusa, która przywraca zmarłych do życia, wybiegła Mu na spotkanie.
Chcąc odnieść do własnej osoby dwie sytuacje z  podanych fragmentów Pisma Świętego nietrudno zauważyć, że postawa modlitwy – Marii i działania – Marty wzajemnie przeplatają się w życiu i mam świadomość, że należy dążyć do łączenia tych postaw aby stać się osobą pełną,  kontemplatywną w działaniu – czyli scaloną.
Rozpatrując osobno: kim jest osoba kontemplatywna? To ktoś, kto nie opiera się na własnych siłach, nawet przy całej dobrej woli i zapale, ale dzięki modlitwie wzywa Bożej pomocy. „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą” – pisze psalmista (Ps 127, 1). Należy założyć więc głęboką więź z Bogiem, zaproszenie Go do swojego życia i pozwolenie Mu na dokonywanie interwencji w nasze plany życiowe, a podstawą tego jest otwartość, bo bardzo trudno zgodzić się na zdanie inne niż moje własne. Jest to zadanie na całe życie i uczę się takiego planowania swojej pracy, wyboru zadań,  formułowania marzeń, które byłyby jednocześnie zwiększeniem zażyłości z Jezusem, które przede wszystkim Jemu podobałyby się . Już samo dostrzeżenie faktu, że tak być powinno, było dla mnie bardzo odkrywcze i wyzwalające, bo u początku relacji, kiedy górę bierze własny egoizm, pycha, duma, które nie pozwalają, aby cokolwiek zmieniać we własnej mentalności, nikogo nie wpuścić do swoich myśli, na „swój teren”, nie dzielić się z nikim przychodzącymi wątpliwości,  wiele spraw kończy się żałośnie i często trudno nawet stwierdzić dlaczego.
Bł. Ks. Filip Rinaldi poucza pierwsze zelatorki w „Zeszycie Carpanery”: „Nie ufajcie swojej sprawności, ale ufajcie Bogu” i jednocześnie objaśnia, jak rozwijać w sobie życie kontemplacyjne: „dusza uformowana w obecności Boga modli się, nabiera sił na rozmyślaniu, w rachunku sumienia, podczas lektury duchowej i wchodzenia w siebie samą; na zewnątrz pokazuje się dopiero wtedy, kiedy się weszło w siebie, w skoncentrowaniu, w skupieniu; skupienie jest konieczne, bo usposabia do refleksji, która przygotowuje do modlitwy ustnej;  refleksja jest skuteczną modlitwą, konieczną do poznania własnych słabości, naszych potrzeb, poznawania siebie, budzi miłość do Boga, wtedy rośnie pragnienie Komunii św., poznania Boga; refleksja jest pokarmem naszego ducha”.
Zalecana kolejność jest więc taka: skupienie – refleksja – modlitwa ustna i pamiętanie o tym może okazać się pomocne w trudnych sytuacjach, kiedy nie wiadomo nawet, o co tak właściwie modlić się. Wówczas musi wystarczyć zwyczajne zatrzymanie się i trwanie przed Panem, odwołanie się do Jego Miłosierdzia, pokazanie swojej bezradności i czekanie na światło. Kontemplacja nie jest więc celem samym w sobie, ale początkiem do wypowiedzenia prośby, umocnieniem przed podjęciem działania, pokrzepieniem, gdy opadamy z sił na drodze realizacji planów, rozwianiem wątpliwości co do słuszności podjętych zadań. Dzięki kontemplacji – prawdziwym spotkaniu z Bogiem żywym otwierają się przed nami nowe horyzonty, rozwiązania, których sami nie wymyślilibyśmy, możemy przekraczać własne granice słabości, lęku, zniechęcenia, smutku.  Ksiądz Bosko powierzał Bogu każdy swój zamysł, pytał Go w trudnych sytuacjach, co ma czynić, a także prosił o ocenę, czy to co robi jest zgodne z wolą Bożą. Był również gotowy porzucić to, co robi, jeśli tylko nie było to Boże a jego własne dzieło. Dla mnie osobiście bardzo trudna jest nadal zmiana raz obranego kierunku i pytanie Boga na każdym etapie realizacji czegokolwiek, czy to nadal jest Jego wola. Tak łatwo ulec przyzwyczajeniu i przywiązaniu do tego, co się robi. Tymczasem człowiek kontemplacji jest zawsze gotowy do nowego, świeżego spojrzenia na rzeczywistość i to tylko dlatego, że Bóg go o to prosi. Wreszcie kontemplacja pomaga, by nie zatracić się całkowicie w aktywności jak Marta podczas wizyty Jezusa w ich domu. Można zobaczyć w tej scenie rezultat takich działań – pretensje, że „ja tyle robię” a inni nie, nikt mi nie pomaga, nie chwali mojej aktywności i na dodatek dostaje pochwały on a nie ja, rozczarowanie w przypadku porażki. Również takie postawy zdarzały się w moim życiu, bo np. decyzję o działaniu trzeba było podjąć szybko a z powodu braku czasu na refleksję i osoby, która potrafiłaby doradzić, podjęte kroki okazały się błędne. W tym przypadku kontemplacja może pomóc w refleksji nad przyczyną złego działania, nad uleczeniem bólu porażki, podjęciem kroków nad np. naprawieniem wyrządzonego zła. Znowu jest więc początkiem czegoś następnego, zatrzymaniem się przed podjęciem kroku w działaniu.
 W przytoczonej na wstępnie ewangelicznej scenie, kiedy Marta wychodzi na spotkanie Jezusowi z prośbą o przywrócenie do życia brata a Maria zostaje w domu, można przypuszczać, że to Marta wybrała lepszą postawę – aktywność. Aktywność wypływająca ze spotkania z Bogiem i podjęta z miłości do Niego i do ludzi jest dobrem, bo zmienia, ubogaca nasze otoczenie, pozwala rozwijać nasze możliwości. Podejmując działania uczestniczymy niejako w stwarzaniu świata na tym wycinku rzeczywistości, na którym się znajdujemy – przecież jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, a to zakłada, że jesteśmy do tego zdolni. Skoro mamy szansę pomóc Panu Bogu w stwarzaniu świata, musimy uświadomić sobie, że stajemy się odpowiedzialni za to, co stwarzamy a to wymaga pewnej zdolności do refleksji, przewidywania skutków naszych poczynań, czyli jest to kontemplacja. Ksiądz Bosko nigdy nie kończył na modlitwie, ale była ona dla niego początkiem na drodze tworzenia wspaniałych dzieł, które przetrwały do dzisiaj. Mawiał: „Modlitwą i poświęceniem przygotowuje się działanie” (MB XIX,220). Warto również dodać, że była to modlitwa prosta, konkretna i twórcza, właściwie niektórzy zastanawiali się, kiedy ona miała miejsce przy takiej ilości zajęć. Ksiądz Bosko jednak odpowiadał „a kiedy ja się właściwie nie modlę?”.
Zatem, jeśli chcielibyśmy być ludźmi, którzy przynoszą owoce i ubogacają nimi innych powinniśmy dbać, aby w naszych postawach kontemplacja i działanie szły w parze. Wg  Christifideles laici: „w życiu świeckim nie może być dwóch równoległych nurtów: z jednej strony tak zwanego życia „duchowego” z jego własnymi wartościami i wymogami, z drugiej tak zwanego życia „świeckiego” ,

obejmującego rodzinę, pracę, relacje społeczne, zaangażowanie polityczne i kulturalne. Latorośl wszczepiona w krzew winny, którym jest Chrystus przynosi owoce w każdej sferze działalności i istnienia”.
Od momentu uświadomienia sobie tego, z perspektywy czasu mogę ocenić, że przede wszystkim radykalnej zmianie uległa moja modlitwa. Tzn. więcej jest w niej pytań i próśb o światło, co robić aby wypełnić Boży plan wobec mnie  a mniej własnych pomysłów na przyszłość i przedstawianie ich Bogu z prośbą o pomoc w realizacji. Ciągle uczę się zapraszania  Jezusa do mojego życia, uwalniania się od pokusy czynienia czegokolwiek bez uprzedniej refleksji i nie rezygnowania w chwili, gdy pojawiają się przeszkody. Pomocą stają się słowa modlitwy w Liturgii Godzin: „Wszechmogący Boże, uprzedzaj swoim natchnieniem nasze czyny i wspieraj je swoją łaską, aby każde nasze działanie od Ciebie brało początek  i w Tobie znajdowało dopełnienie”. Wtedy mam pewność „bycia z Bogiem jak ptak, który czuje drżenie gałązki i nie przestaje śpiewać, wiedząc, że ma skrzydła.”

 

Styczeń  2013                                                                                                                                BM

 

 

 

 

 

  

KLAUDIA SINI (1975 – 2011)

 

Klaudia rodzi się w Turynie, w dobrej chrześcijańskiej rodzinie pochodzącej z Sardynii. Całe swoje życie przeżywa w środowisku salezjańskim, oratoryjnym. Ukończyła studia medyczne na Uniwersytecie w Turynie i po zrobieniu specjalizacji z anestezjologii rozpoczęła pracę w szpitalu w Rivoli (prowincja Turyn).

Po okresie pogodnego poszukiwania drogi powołania rozpoczyna drogę VDB; pierwsze śluby złożyła w roku 2005. W roku swojej śmierci miała złożyć śluby wieczyste. Powołanie VDB przeżywa w pełni i radośnie, zarówno w rodzinie, jak i w oratorium, w pracy i podczas swojej choroby.

Była zaangażowaną oratorianką a potem animatorką; marzyła o pracy na misjach, na „ziemi misyjnej”: „Często myślałam o tym dniu, niezbyt odległym, w którym „wyjadę”.  Szczerze mówiąc właśnie dlatego podjęłam studia medyczne. Marzyłam o dalekich podróżach, o wielkich przygodach w odległych stronach i o tym, by wiele z siebie dać, jakiemuś ogólnemu „bliźniemu”, którego nie potrafiłam sobie wyobrazić.

Tymczasem jest inaczej: poproszono mnie o wyjazd, inicjatywa nie wyszła ode mnie. Czy tym razem powołanie Boże jest inne? Nie wiem jak sprawy się potoczą. Bardzo bym chciała spotykać osoby: nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Zobaczyć, jak żyją, jak pracują i jak sobie radzą, jak żyją w rodzinie. Wyjeżdżam z zamiarem powrotu, by przywieźć tu, do domu, do „mojej misji” wszystko to, co zobaczę, usłyszę i czego nauczę się w Afryce. Czy potem będą następne powołania, nie wiem. Na dziś moje powołanie jest tutaj, ale chcę je skonfrontować, otwierając się na możliwie jak najszersze horyzonty.”

5 maja 2008 r. wykryto u niej chłoniaka. To było jej Getsemani. Nie wyjeżdża ale decyduje odebrać krzyż misyjny podczas błogosławieństwa misjonarzy w Bazylice Maryi Wspomożycielki i rozpocząć swoje doświadczenie misyjne na oddziale szpitalnym podczas chemioterapii. Zawsze dyspozycyjna, uśmiechnięta, pełna nadziei.

W 2009 pisze na swoim blogu: „Jestem Claudia, mam 35 lat, jestem lekarzem anestezjologiem. Mam chłoniaka Hodgkin. To jest moja historia. Albo raczej kawałeczek mojej historii. Do odczytania, bo trzeba zacząć od początku…ponieważ opowiem ją po kolei, spokojnie. Ponieważ chłoniak jest tylko częścią mojego życia, wszystko inne przeżywam normalnie.”

Jako lekarz orientuje się w przebiegu swojej choroby, ale komunikuje wszystkim swoją młodzieńczą i radosną wolę wyzdrowienia. Wszystkich uspakaja, mówi o swojej chorobie jak o misji.

Pisze:

„Od samego początku przeżywałam swoją chorobę jako misję, powołanie. W przypadku wszystkich prawdziwych Bożych powołań wiele rzeczy można odczytać  dopiero po czasie; gdy mówisz swoje pierwsze „tak”, naprawdę nie wiesz, co przyjmujesz, ale mimo to przyjmujesz, zawierzasz. Tak jest wobec każdej zmiany programu, wobec małych i wielkich cierpień, którym idziesz naprzeciw, tym bardziej wobec całej terapii, a właściwie wobec całej choroby. A jeśli choroba jest niepewna, można ją pokonać tylko przez drastyczną i trudną terapię. Zdarzają się komplikacje, nawroty choroby. Staje się również wobec rzeczy pięknych, są to bliscy przyjaciele i wiele małych codziennych radości, które stają się coraz ważniejsze. W tych latach nauczyłam się przede wszystkim zachowywać cierpliwość. Potem, by być coraz bardziej dyspozycyjną na „zmiany programu”, również nagłe. I gdy krok za krokiem przybywało terapii, a ciało było coraz bardziej cierpiące odkryłam, że moja największa siła nie leży w tym, by to wytrzymać zaciskając zęby, gdy już sama nie daję rady, ona leży w tym, by umieć powierzyć się Bogu, ale też umieć poprosić o pomoc innych, odkładając na bok własną dumę. I nie walczyć samemu. Pisałam już, że w życiu przeszłam z etapu trzymania w ręku życia innych do powierzenia własnego życia innym. Rozumiałam to w sensie dosłownym. Moje życie teraz zależy od innych. Już wielokrotnie miałam potrzebę transfuzji czerwonych krwinek i płytek krwi. Za każdym razem dziękowałam i modliłam się w ciszy za tych dawców, którzy bez rozgłosu i bez ujawniania się, po prostu poszli oddać swoją krew, plazmę, płytki. Gdy pracowałam, wiele razy zwracałam się z prośbą do odwiedzających o dar krwi dla pacjentów ciężko chorych, po wypadkach, wylewach… Teraz moja kolej, by dostawać. A dziś przyszła wiadomość, że wreszcie znaleziono Dawcę szpiku. Dawcę, dzięki któremu będzie możliwy przeszczep, który jest na dziś jedynym możliwym  do całkowitego wyleczenia. Dawcą jest osoba, która przy wszystkich obawach, jednak zdecydowała się w nadziei, że jest kompatybilna ze mną. Osoba ta w  tej chwili przechodzi przeszczep szpiku, pewny i możliwie najbardziej komfortowy, jednak absorbujący i będzie z siebie dumna, ponieważ robi wszystko, by uratować jakieś życie. Nie wiem, czy jest wierząca, ale myślę, że jej bezinteresowny dar nie może nie podobać się Bogu. Myślę też, że w tym momencie Bóg jest z niej bardzo zadowolony. Jeśli chodzi o mnie, to moje pierwsze „tak” na chorobę stało się studnią, z której czerpię ciągle nowe dary. Właśnie dzięki temu pierwszemu „tak” ciągle się uczę. Uczę się cierpliwości, uczę się dyspozycyjności na zmiany, uczę się znosić cierpienie, uczę się dzielić z innymi radości i bóle, uczę się otrzymywać. Dziś uczyłam się wdzięczności. Czego nauczę się jutro?”

Koleżanka z jej miejsca pracy pisze: „Mieliśmy szczęście dzielić z Klaudią tak bardzo ważny zawód, który ona traktowała jako misję. Jej wrażliwość i zrozumienie dla cierpienia sprawiało, że się traktowało pacjentów po ludzku, cierpliwie i łagodnie, te same cechy, które charakteryzowały jej sposób traktowania nas.

Poza wielką pustką po stracie takiego Lekarza i wyjątkowej przyjaciółki, Klaudia pozostawia nam wspaniały przykład siły, wiary, szlachetności, zrozumienia i miłości wobec innych.

Tak w swoim życiu jak i w swojej pracy, nauczyła nas nie zostawiać niczego na boku i patrzeć zawsze na wszystkie, nawet małe otaczające nas sprawy.

v  Jej konsekracja VDB realizuje się w całym krótkim życiu, oddanym całkowicie Bogu, w zaangażowaniu, by jak ks. Bosko, z chrześcijańskim oddaniem szukać śladów dobra, które choć zakryte, zawsze krzyżują się w ludzkiej historii i w życiu każdego.

Klaudia ukierunkowuje swoje życie, radosne i szczere, w służbie Instytutowi, w sposób szczególny oddając do dyspozycji swoje dary… ale również w przyjmowaniu z wdzięcznością uwag. Potwierdza to jej Odpowiedzialna lokalna: „Mam szczęście! To był ulubiony zwrot (lub przerywnik), który Klaudia często powtarzała. W czasie jej pierwszej formacji (2004 -2005) przyzwyczaiłyśmy się pytać: <a dziś, z jakiego powodu jesteś szczęśliwa?> Kiedyś zatrzymała się swoim rozwalonym (tego przymiotnika używała) małym samochodem i na to pytanie odpowiedziała: mam szczęście, bo mam brata, który przyszedł mi z pomocą i mogłam tu przyjechać.

Po bardzo ciężkim dniu, gdy właściwie nie wydarzyło się  nic dobrego, na nasze pytanie odpowiedziała: jestem szczęśliwa, ponieważ tego wieczoru jestem tutaj i mogłyśmy wybrać coś, co zjemy razem!!!

Podczas jednego z ostatnich spotkań  (kwiecień 2011), poza innymi rzeczami powiedziałam jej coś takiego: Trzeba mieć więcej odwagi, by opowiadać o własnej chorobie niż nią żyć, ja bym nigdy nie potrafiła. Z wielkim spokojem odpowiedziała: Pamiętasz jak podczas naszych pierwszych spotkań formacyjnych wymienialiśmy wszystkie nasze mocne strony (zalety, możliwości, talenty) i wszystkie słabe strony (wady, ograniczenia, …). Moim ograniczeniem był protagonizm; chciałam być lekarzem, ponieważ to ja miałam decydować o znieczulaniu, chciałam grać, bo wówczas ja nadawałam ton i kierowałam śpiewem, i dzięki temu ograniczeniu potrafiłam - zarówno jako lekarz, jak i kobieta wiary – sama poddać się tym  wszystkim, którzy chcieli mojego dobra podczas całej tej długiej choroby!

Klaudia potrafiła dobrze wykorzystać swoje ograniczenie i uczyniła z niego swoje bogactwo!”

Podczas choroby ustawicznie się odnawia, zachowuje pogodną świadomość przebiegu swojej choroby, zawsze z nadzieją i chęcią życia…

A ze swoją Odpowiedzialna regionalną, podczas trudnego okresu ostatniego „przeszczepu szpiku od Dawcy”, rozmawia na temat swoich ślubów wieczystych: „Jeśli będę się dobrze czuła, w grudniu będzie święto na Valdocco w miejscach Pierwszych Sióstr VDB. Czyż to nie będzie wspaniałe? Moje święto też się liczy, nigdy nie przestałam śpiewać, nawet jeśli niektóre psalmy są smutne. Bóg mnie kocha i kiedyś w przyszłości dowiem się czemu służyło to wszystko, co mnie spotkało”.

Na koniec, w dniu swojej śmierci, która zabrała ją w dniu jej urodzin!

„Chciałabym aby mój pogrzeb był świętem, spotkaniem przyjaciół. To ostatni raz jak będę mogła być obecna „fizycznie” z moją wspólnotą, którą bardzo kocham i która mi tyle dała. Chciałabym, aby to było święto takie jak Msza w niedzielę, jak Wigilia Paschalna.”.

W jej komputerze znalazłyśmy śpiewy i czytania mszalne z tego jej święta, te same, jakie  przewiduje liturgia ślubów VDB we Mszy św., podczas której ona miała składać śluby wieczyste.

Na trumnie było 36 róż, tyle ile przeżyła lat. Trzydzieści sześć, by podkreślić, że każdy rok, każdy dzień jej życia był pieśnią chwały na cześć Boga.

 W grudniu 2011, na Valdocco, podczas dnia naszych ślubów VDB, po Komunii św. śpiew: „Wiem, że jesteś tu”, czyni nam ją bliską, wraz z jej drogimi Rodzicami, prawie ją słyszymy śpiewającą i grającą na gitarze pośród nas.

Klaudia zostawia w naszym życiu głęboki ślad, pośród nas którzy ją kochaliśmy i towarzyszyliśmy podczas długiej wędrówki na Kalwarię i widzieliśmy wychodzącą naprzeciw swojemu Panu: to cenne wspomnienie, z całą jego delikatnością, chcemy zachować!

Dziękujemy Panu, że nam ją dał, z jej życiem, z jej odwagą, z jej cierpliwością i z jej młodym szczęśliwym życiem VDB.

Chcemy pamiętać o Tobie, Klaudio, i powtarzać Ci, jak byłaś dla nas ważna… i… by mówić Ci: Do zobaczenia!

 

 

 Ortensia – Torino

 Crescere, nr 4/2012, str. 24 - 27

 

 

 

 

 

Jak przeżywam moje zjednoczenie z Bogiem

w codzienności?

 

"Będę chodził w obecności Pana w krainie żyjących"  - te słowa z Psalmu 116 najwierniej oddają to, czym chciałabym się podzielić.

 

Często zastanawiało mnie, czym właściwie jest wezwanie do radykalizmu ewangelicznego? Czy słowa „zostaw wszystko co masz i pójdź za Mną”  należy odczytywać dosłownie? Jeśli tak, to jak miałoby to właściwie wyglądać w mojej rzeczywistości? Przyzwyczajona raczej do działania niż kontemplacji, próbowałam znaleźć taką formę aktywności, która - wg mnie - pozwoliłaby mi spotkać się z Jezusem osobiście. W swojej pysze, niewiedzy i naiwności sądziłam, że to ja muszę coś wymyśleć, zrobić, zadziałać, postanowić. Dlatego jakże byłam zdumiona, gdy na pierwszych rekolekcjach ignacjańskich usłyszałam, że inicjatywa należy do Boga, a mi przypada głównie rola słuchacza. To tam po raz pierwszy właściwego znaczenia nabrały słowa Samuela „Mów, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3, 9). Zawstydziłam się wtedy, bo zrozumiałam, że często w moim życiu słowa „mów” i „słuchaj” ulegają przestawieniu. Można powiedzieć, że od tamtego czasu moja relacja z Bogiem nabrała charakteru bardziej osobowego, co zdecydowanie przełożyło się na zmianę mojego przeżywania codzienności. Przede wszystkim przestałam od niej uciekać tylko dlatego, że momentami wydawała się nudna, nieciekawa, pełna rutynowych zajęć,  rozczarowań, ludzi, których albo ja nie rozumiem, albo oni mnie. Przestałam szukać nie wiadomo czego a skupiłam się na relacji z Jezusem i zapragnęłam, aby to, co się narodziło, nie zostało przysypane wszystkimi błahymi sprawami, ale nabrało jeszcze wyraźniejszych kolorów, rozkwitło. Wraz z tym pragnieniem zaczęłam zauważać, że nie muszę szukać Boga w innym miejscu, poza tym, w którym aktualnie przebywam. Bóg nie przychodzi z zewnątrz do naszej codzienności, by ją przemieniać, On jest już od początku w niej milcząco obecny. Ta świadomość zaczęła mi dawać niesamowite poczucie ulgi, radości i wolności. Trwa to do dnia dzisiejszego. Świadomość bliskości Boga i obietnice dane człowiekowi, że go nie opuści sprawiają, że na te same wydarzenia, osoby, patrzę inaczej; jest to patrzenie głębsze, jaśniejsze, dalsze. Oczywiście nie zawsze przychodzi to natychmiast i z łatwością. Ale świadomość, że Bóg jest blisko, pozwala mi stanąć w prawdzie, ujrzeć daną sytuację taką, jaka ona jest. W innym przypadku byłoby to niemożliwe – zawsze górę wzięłyby własne emocje, ambicje, urażona duma. Niemożność dostrzeżenia Boga w codzienności wynika przeważnie z wewnętrznego rozproszenia. Dlatego dialog z Bogiem rozpoczynam (na ile to jest możliwe w danej sytuacji) od wygaszenia własnych emocji, wejścia w ciszę, niejako wycofania się z wydarzeń rozgrywających się wokół. Wejście w milczenie pozwala na nawiązanie głębszej, bardziej intymnej relacji z Bogiem. Te chwile rozmowy, można powiedzieć „konsultacji” to moja codzienna modlitwa, którą staram się rozwijać tak, jak to ma miejsce w przypadku przyjaciół. Jeśli z jakąś osobą pragnę wejść w głębszą relację to staram się ją poznać, co myśli, jak reaguje, czym żyje. Relację z Bogiem traktuję tak samo: poznawanie Jego ma miejsce przede wszystkim na spotkaniu w modlitwie, czytaniu i rozważaniu Słowa Bożego, ale nade wszystko w częstym uczestnictwie w Eucharystii. To tutaj mogę w najgłębszy sposób złączyć swoje drobne codzienne ofiary z ofiarą Chrystusa. To podczas Eucharystii mogę doświadczyć jak bardzo Chrystus – choć na co dzień niewidzialny i nieodczuwalny – jest obecny w moim życiu. Co więcej – to, czego doświadczył w Wielki Piątek – odrzucenie, niesłuszne oskarżenie, nienawiść ze strony wrogów, opuszczenie przez przyjaciół, oddalenie Boga, jest również udziałem mojej codzienności. Dlatego najdoskonalszym wzorem relacji z Bogiem jest dla mnie więź Jezusa ze swoim Ojcem.

Do pełnego przeżywania relacji – jak każdy człowiek – potrzebuję również znaków Bożej obecności. Nie chodzi wcale o to, żeby to przyjąć, bo tak się mówi, że Bóg jest w przyrodzie, którą stworzył, w drugim człowieku, ale żeby tego faktycznie doświadczyć, poczuć, bo tylko wtedy można być wiarygodnym świadkiem. Dlatego cały czas uczę się jak w duchu pokory przyjmować codzienność taką, jaka ona jest, mając świadomość, że uciekając od niej tracę łaskę spotkania Boga. Jak każdą łaskę mogę ją przyjąć lub odrzucić, więc każdego dnia - wzorując się na Maryi - uczę się ją przyjmować wierząc, że kiedyś cała moja codzienność będzie modlitwą i przykładem doskonałego zjednoczenia z Bogiem.

BM

kwiecień 2012

 

 

 

 

     Moja pielgrzymka wdzięczności

 Przesyłam pozdrowienia wraz z modlitwą z pielgrzymki do Rzymu na beatyfikację Jana Pawła II, która odbyła się 1 maja 2011 r.
Zadano mi pytanie - po co pojechałam do Rzymu? Przed telewizorem wygodniej i dokładniej widać. Odpowiadam:  pojechałam do Rzymu, aby uczestniczyć na żywo w uroczystości beatyfikacji. Dziękowałam Bogu za Jana Pawła II. Miałam to szczęście, że spotkałam Go osobiście -  po raz pierwszy, podczas miesięcznego pobytu na Oazie w Rzymie.

Był to wyjazd  na zaproszenie i koszt Ojca św. Od tego spotkania wszystko się zaczęło:  moja wiara się obudziła, narodziła się myśl pójścia za Chrystusem i pomysł na życie.

Później były inne bliskie spotkania z Papieżem, m.in. podczas uroczystości beatyfikacyjnych bł. Ks. Filipa Rinaldiego, umocniły mnie w moich decyzjach. Była to dla mnie wielka łaska, dlatego osobiście chciałam za to wszystko podziękować. A trud pielgrzymi i niewygody, które towarzyszyły  tej krótkiej podróży bez noclegów,  ofiarowałam  w wielu intencjach za siebie, moich bliskich i w sprawach Instytutu. Dzięki, błogosławiony Ojcze święty Janie Pawle II, za przesłanie nadziei i zbawienia, które darowałeś światu i za słowa „Nie lękajcie się, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi”!

Cieszę się, że mam swojego bliskiego memu sercu błogosławionego, którego znałam.

Będę zwracać się do Niego w trudnych sprawach.
Błogosławiony Janie Pawle II módl się za nami.
Irenka

 

 

 

Dać siebie

„Po magisterium z psychologii postanowiłam robić dalsze studia z psychologii Gestalt. Instytut Psychologii był na wysokim poziomie akademickim i profesjonalnym. Każdego dnia były zajęcia z teorii i z praktyki. Któregoś dnia profesor (psychiatra) podzielił nas na ośmioosobowe grupy w celu przeprowadzenia praktycznych ćwiczeń. Wypowiadał jedno słowo a wszyscy członkowie grupy mówili po kolei jaki to wywołało w nich  rezonans. Te słowa to: pieniądz, wolny czas, kąpiel, życie seksualne i Bóg. W mojej grupie było czterech psychologów i trzech psychiatrów. Każdy z nich przechwalał się swoją liberalną postawą i w każdym temacie pysznił dokładając swoje osiągnięcia. Powiedziałam sobie: będę mówić zgodnie z moimi przekonaniami. Na słowo „pieniądz” powiedziałam, że jego funkcją jest być użytecznym dla życia, ale powiedziałam też o jego funkcji społecznej (oni mówili o używaniu go na napitki, modę, samochody, artykuły luksusowe...); na wyrażenie „czas wolny” odpowiedziałam, że lubię muzykę i spotkania z przyjaciółmi i przyjaciółkami, ale również położyłam akcent na moją pracę społeczną (oni opowiadali o rozrywkach w klubach, na dyskotekach, wakacjach...); na słowo „kąpiel” powiedziałam, że lubię kąpać się w gorącej wodzie (on zatrzymywali się na detalach rzec by można bardzo nieużytecznych); po słowie „życie seksualne” powiedziałam otwarcie, że nie mam partnera ale żyję moją seksualnością w pełni i w każdej chwili dnia, ponieważ kocham jako kobieta, czuję jako kobieta, odpowiadam jako kobieta i tak dalej. ... (prawie wszyscy opowiadali o swoich licznych kochankach, zatrzymywali się na preferowanych pozycjach seksualnych...); odnosząc się do „Boga” (oni mówili o energiach, mocach...) powiedziałam, że dla mnie Bóg jest Osobą, Stwórcą i Ojcem wszystkich, że nas zna i kocha osobiście... i że dla każdego ma plan i że chcę żyć zgodnie z tym Jego planem... Jak oni patrzyli na mnie z każdą moją wypowiedzią! Mieli mnie za coś nieziemskiego! Kiedy profesor powiedział, że doszliśmy do momentu, w którym każdy powinien powiedzieć innym własne odczucia (feed beck), poprosiłam Pana, by dał mi siłę do akceptacji tego, co mi powiedzą ci profesjonaliści, tak dalecy od moich wyborów. Do każdego dochodziły wyrażane przez innych subiektywne opinie... Ja zostałam na koniec. I kiedy przyszła ta chwila wszyscy orzekli, że jestem najbardziej zrównoważona i zrealizowana, ponieważ moje wypowiedzi były najbardziej ujednolicone i spójne... Powiedzieli mi, że przede wszystkim byli pod wrażeniem jasności i radości w przekazywaniu doświadczenia mojej seksualności i w odwadze mówienia, kim jest dla mnie Bóg, niezależnie od tego, że ich wizja była diametralnie różna od mojej.”

 

Judith

 

 

 

 

 

 

 

 Świadectwo z Argentyny

 

Moja mama zostawiła mi w spadku dość duże pole, gdzie od dziecka miałam wiele radości szczególnie podczas wakacji. Jednak nigdy nie myślałam, żeby się nim zajmować, nie jestem do tego przygotowana. Mój zamiar był taki, że jak już mamy braknie, podaruję to pole salezjanom, aby poprowadzili tam szkołę agrotechniczną dla biednych chłopców, dzieci rolników i by tak przygotowywali ich do przyszłości.

Dzieci te nie mają takich samych możliwości jak dzieci z miasta, bardzo często emigrują aby się uczyć lub znaleźć jakąś pracę, lecz niestety powiększają tylko dzielnice najbiedniejszych, żyjących tam z konieczności i sfrustrowani kończą jako narkomani, przestępcy, prostytutki...

Byłam bardzo zaskoczona, gdy salezjanie odpowiedzieli mi, że nie mogą przyjąć darowizny z takim celem, ponieważ jest ich niewielu i nie są w stanie prowadzić nowego dzieła.

Moje plany musiały przejść na inne tory. Pomyślałam, że w tej sytuacji muszę oddać  tę ziemię w administrację jakiejś fundacji i tak zrealizować moje pragnienie oddania dóbr materialnych dla braci rolników.

Sądziłam, że - wobec świadomości moich ograniczeń - taka decyzja będzie odpowiedzialna a przede wszystkim szlachetna. Jednakże pewien posłaniec od Boga, jak Gabriel dał mi do zrozumienia, że dużo łatwiej jest dać coś niż siebie, ogołocić się materialnie niż ogołocić samego siebie, znacznie trudniej jest dać życie nawet w pełnym poczuciu swojego ubóstwa i niedostatku aby naprawdę być narzędziem w ręku Boga. Zdałam sobie sprawę, że nasze marzenia, jeśli nie zgadzają się z planem Bożym mogą być tylko iluzją, kaprysem. Wobec tego wyzwania moje serce i mój umysł kontynuował poszukiwania, ale już miałam jasną świadomość, że to ja sama muszę zająć się administracją gospodarstwa i nowej Fundacji.

Wraz z grupą innych osób, którzy jak ja mieli pragnienie dać młodym nadzieję, dałam początek Fundacji pomocy rodzinie rolniczej, szczególnie dzieciom i młodzieży, zgodnie z charyzmatem Księdza Bosko. Celami są: pomoc w nauce szkolnej, specjalizacja i unowocześnianie pracy na wsi. Patronką Fundacji jest Maryja Wspomożycielka, która w Argentynie jest patronką pól.

Osobiście wobec tego wyzwania czuję ogromną radość. W wieku 61 lat Pan, nie patrząc na moje słabości, na moje ubóstwo na nowo powołuje mnie do służby tym moim braciom tak jak tego pragnęłam w mojej młodości. Oznacza to jednak, że w moim życiu muszę zrobić zwrot, wejść w ich buty, w ich zwyczaje i sposób życia.

Kiedy zaczęłam, myślałam że mam do wniesienia wiele rzeczy i zajmowałam się ludźmi z fundacji, by organizować dla nich kursy specjalistyczne. Ale znowu się pomyliłam: najpierw powinnam była chodzić razem z nimi, nie narzucać, a raczej pobudzać aby sami odkrywali znaczenie edukacji, przygotowania i razem domagać się realizacji ich praw, spełniać je i uczyć.

Ileż się od nich uczę!

Prostota, pogoda ducha, pełne zaufanie do Boga! Oni powierzają się Jemu i od Niego oczekują zbawienia. Ich ubóstwo jest ubóstwem z błogosławieństw, jest to ubóstwo pełne godności, nie mają udziału w politycznym kumoterstwie.

To cudownie widzieć jak Maryja jest mamą, która jest w każdej rodzinie i w każdym sercu.

Solidarność jest bardzo duża, ponieważ czują się braćmi, dziećmi jednego Boga; dlatego dla nich formowanie wspólnoty jest czymś prawie naturalnym i każdy może czymś służyć innym. Dzieci i młodzież mają dużo chęci do nauki i chętnie każdego dnia uczęszczają na kursy wspomagające naukę szkolną.

Wobec tego pytam siebie: Kto ewangelizuje? Oni czy my? My możemy tylko dać im możliwość lepszego przygotowania się, aby mogli dalej tu pracować i nie musieli emigrować do miast.

 

Maria Obdulia

 

 

 

 

 Zrobiło mi się wstyd

 

Wróciłam z pracy koło czwartej po południu i czułam się bardzo zmęczona. Miałam jeszcze uczestniczyć we Mszy św., więc wkrótce skierowałam się do kościoła. Zdecydowałam, że nie pojadę autobusem tylko pójdę na pieszo, ponieważ cały dzień pracowałam siedząc przy komputerze i miałam potrzebę trochę się poruszać. Do kościoła idę w kierunku centrum miasta jakieś dwa kilometry. Byłam już w połowie drogi, kiedy poczułam, że coraz mocniej bolą mnie nogi. Nie wzięłam tych najwygodniejszych butów i dlatego ból się nasilał. Mimo to zdecydowałam, że dalej będę iść pieszo, muszę przecież złożyć coś Panu w ofierze.

Gdy doszłam do kościoła, zaraz zajęłam miejsce w ławce wdzięczna Bogu, że mogłam dojść. Wychodząc z kościoła zdecydowałam, że pojadę tramwajem, ale nawet przystanek oddalony o dziesięć metrów od kościoła wydawał mi się daleki. Gdy doszłam do przystanku zauważyłam starszą elegancką kobietę, która podpierała się dwoma laskami i nie była w stanie zrobić jednego kroku. Na jej twarzy malowało się cierpienie. Po swoim poprzednim doświadczeniu nie miałam najmniejszej ochoty wchodzenia w jej problem; chciałam tylko jak najprędzej znaleźć się w domu, wyciągnąć nogi na fotelu i odpocząć. Obejrzałam się wokół i zauważyłam, że inni przechodnie też się śpieszyli. Zrobiło mi się wstyd i powiedziałam sobie: „Nie mogę jej tak zostawić”. Podeszłam do niej i zaczęłam z nią rozmawiać. Mieszkała z mężem niedaleko stąd. Gdy wychodziła z domu, by zrobić jakieś zakupy, wszystko było dobrze, jednak niespodziewanie chwyciły ją tak silne bóle, że nie mogła zrobić jednego kroku. Pragnęła wrócić do domu, gdzie już by jej pomógł mąż.

Zdecydowałam, że jej pomogę, ale jak?  Nawet, jeśli jej dom był niedaleko, jak mogłam tam z nią  dojść? Nie była w stanie pójść nawet gdybym ją prowadziła. Wezwać karetkę nie byłoby łatwo, trzeba by było jakiś czas poczekać, no i karetka niechybnie zabrałaby ją do szpitala... Pomyślałam, że wezwę taxi. Próbuję jedną, drugą... na nic: nie godzili się, by ją przewieźć, bo czuła się źle i nie chcieli brać odpowiedzialności. Przy trzecim taksówkarzu, jak tylko odmówił, podniosłam głos, a jak tylko usłyszał, że zapłacę podwójnie, zgodził się. Po dziesięciu minutach mogłyśmy wreszcie wsiąść do taksówki a po następnych pięciu dotarłyśmy do jej domu. Powierzyłam ją mężowi i wyszłam. Na ulicy poczułam wielki pokój i  radość. Nie wiem dlaczego ale nie czułam już bólu w stopach i z wdzięcznością mogłam pokonać przeszło dwa kilometry do domu, wychwalając w sercu Boga za to, że do Niego należę.

 Olga

 

 

 

 

Coś więcej niż singielka

 

Czasem wstępuję do parafii gdzie często jest wystawienie Najświętszego Sakramentu. Widzę mężczyzn, kobiety, osoby starsze, w takiej postawie miłości, adoracji, że zaczynam sama siebie pytać: - A ja, konsekrowana, jak Go kocham? Czy moja miłość jest wystarczająco wielka, by odpowiedzieć na Jego pragnienia względem mnie?

Któregoś dnia popijałam kawę w kawiarni rozmawiając

z jedną VDB o najbliższym spotkaniu Oratorium, kiedy do stolika dosiadły się dwie moje koleżanki z Uniwersytetu. Nie widziałam ich od dłuższego czasu. Opowiadały, że czują się bardzo samotne (obie są rozwiedzione...), że ich życie stało się puste, że czują się bardzo źle, że jedna z nich trzy razy  w tygodniu chodzi do psychoanalityka.  Umówiłyśmy się na herbatę w następną sobotę, z jeszcze inną koleżanką z Uniwersytetu. Gdy doszła ta trzecia, mężatka, żyjąca w dobrym małżeństwie, opowiedziała że ona również poczuła wielką pustkę i zagubienie w momencie, gdy jej córka poszła sobie z domu. Po tym wszystkim, razem z moją współsiostrą VDB podzieliłyśmy się refleksją: mamy najlepszego męża, najlepszą rodzinę i najlepszą misję! Życie konsekrowane jest piękne!

 

Judyta

  

 

 

 

Wywalczyła sprawiedliwość

 

 Chcę się podzielić z Wami doświadczeniem pewnej VDB, która pracuje z zakonnikami. Opowiadała nam, że była zaniepokojona faktem, iż pracownicy w jej zakładzie pracy nie korzystali z ubezpieczenia społecznego, co przecież gwarantuje im prawo. W obawie przed utratą pracy nikt nie odważył się o tym rozmawiać. Poradziłyśmy jej, aby jednak porozmawiała z przełożonym i poprosiła o przestrzeganie praw społecznych w tej kwestii. Początkowo otrzymała odpowiedź negatywną i w związku z tym zaczęła szukać innej pracy. Powiedziała o tym dyrektorowi, a ponieważ była bardzo dobrą nauczycielką, w krótkim czasie jej prośba została spełniona. Ku radości wszystkich uzyskała ubezpieczenie społeczne, i to nie tylko dla siebie ale dosłownie dla wszystkich pracowników!...

Tak więc wywalczyła sprawiedliwość nie tylko dla siebie ale i dla swoich koleżanek. Ponadto sprawiła, że jej pracodawcy zaczęli respektować wartości związane ze sprawiedliwością społeczną.

VDB z Wenezueli

 

 

 

 

Chrystus jest sensem mojego życia

 

Ja po prostu zakochałam się w Jezusie. Dla mnie była to jedyna motywacja, żeby podjąć życie konsekrowane. Bóg mnie tak sobą zachwycił, że nie mogłam nie pójść za Nim. Konsekracja tę miłość jakby potwierdziła, utrwaliła i codziennie pomaga mi kochać Boga i ludzi. Została mi dana miłość, więc niosę ją innym. Nie mogę jednakże nikogo przymusić do jej przyjęcia. Próbuję tworzyć wokół siebie atmosferę miłości i ciepła. Modlę się za ludzi mi bliskich i tych, którzy nie są mi bliscy. Ofiaruję za nich udział w Eucharystii.
       Czasami dostrzegam, że osoby, którym towarzyszę duchowo, postępują niewłaściwie, że sami sobie szkodzą. Sytuacje takie sprawiają mi ból. Chciałabym, żeby coś się zmieniło, ale oni nie przyjmują moich argumentów. Zostaje mi czekanie, modlenie się, a z drugiej strony ukazywanie życiem, że można inaczej.

        Chrystus jest sensem mojego życia, dążę do świętości, poddając się Chrystusowi. Staram się być świadkiem Bożej miłości do człowieka, jestem szczęśliwa, choć często nieudolna, bezradna.

        Konsekracja sprawia, że należę do Chrystusa, czasami się śmieję, że "jestem zakonserwowana" dla Jezusa, tzn. utrwalona, zabezpieczona przed zepsuciem, zgnilizną, zejściem na złą drogę. Łaska konsekracji otwiera mnie na Boga, uzdalnia do realizowania praktyk pobożnych, do przeżywania mojego powołania z radością i do gorliwego służenia innym. Ileż cudów dzieje się codziennie w moim życiu, jak wiele, bardzo wiele łaski Bożej i doświadczanie miłości Boga i Jego troski o mnie. Bogu niech będą dzięki.

        Ojciec Święty w adhortacji Vita consecrata  napisał: "Kobiety konsekrowane są w bardzo szczególny sposób powołane, aby poprzez swoje poświęcenie, przeżywane w pełni i z radością, być znakiem czułej dobroci Boga dla ludzkości oraz szczególnym świadectwem tajemnicy Kościoła, który jest dziewicą, oblubienicą i matką "(57).

 

Jadwiga